niedziela, 30 marca 2014

Rozdział 5 "Wszystko się rozpada."



- Dzień dobry. Komisarz Brenda Watson i mój partner Jonas Butf.
- Co się stało?
- Możemy wejść?
- Tak… Jasne, proszę. – Otworzyłam drzwi szerzej, żeby policjanci mogli wejść do środka. Dobrze w sumie, że nie było Daniela, bo on miał fioła na punkcie policji. Za nic w świecie nie pozwoliłby im na wejście do środka, bo to oznaczało same kłopoty. Z tymi kłopotami to może miał rację, ale ich wizyta trochę mnie przeraziła.
- Chodzi o Daniela? – Wtrąciła się szybko Mia i wyszła zza moich pleców. Zamknęłam drzwi za nimi i usiedliśmy wszyscy na dwóch równoległych do siebie sofach. Spojrzałam pierw na siostrę, a potem na policjantów.
- Nie, nie chodzi o waszego brata. Rozmawiam z Catherine i Mią Gilbert, tak? – Zapytała zapewne dla pewności.
- Oczywiście. Powie nam pani w końcu co się stało?
- Wasza matka… Anastasia Anna Gilbert popełniła samobójstwo. To znaczy… Nie jesteśmy pewni, ale na to wszystko wskazuje. Wyłowiliśmy ją z rzeki Roswelt przy moście.
- Co? To… Nie możliwe. To musi być jakaś pomyłka proszę pani.
- Miała jakieś problemy? – Ta baba była jakaś upośledzona! My dostałyśmy szoku, nie wiedziałyśmy co robić, a ona dopytywała dalej nie wzruszona. Nawet nie wiedziała jaki to był dla nas cios. Nie miała z pewnością wyczucia sytuacji. Mia niespodziewanie wstała i obróciła się na pięcie.
- Nie, nie miała. To była idealna rodzina. Niech pani się od nas odpieprzy. – Warknęła i w tym momencie jej nie poznałam. Odeszła od nas i poszła prosto do swojego pokoju. Miałam nadzieję, że nie zrobi sobie nic głupiego.
- Jak państwo słyszą, nie miała.
- A gdzie ojciec?
- Nie wiem i mało mnie to obchodzi.
- Jak to?
- Nie pani sprawa.
- Owszem moja. Prowadzę dochodzenie.
- To niech pani je zamknie. Ojca nie ma, nie wiem kiedy będzie, wyjechał.
- W takim razie musimy kogoś do was przysłać. Może się ktoś wami zająć podczas nieobecności ojca?
- Nie. Znaczy… Wuj, ale on nie znosi dzieci, sama nie wiem.
- Proszę go przekonać, bo inaczej będziecie przebywać w pogotowiu opiekuńczym przez jakiś czas.
- Jakiś czas? Mam rozumieć „dopóki ojciec nie wróci lub któreś z nas nie będzie dorosłe?” – Zapytałam, choć wiedziałam, że Daniel będzie miał niedługo swoje 18 – ste urodziny, to mnie pocieszało, ale gdzie właściwie był ojciec? Gdzie polazł?
- Muszę już was wyprosić. Przepraszam, ale powinnam być teraz z siostrą.
- Dobrze. Proszę się z nami kontaktować. – Kiedy to powiedziała wzięłam od niej wizytówkę i zamknęłam za nimi drzwi. Czy Daniel w ogóle wiedział co się stało? Gdzie on się podziewał? Miałam już tego dość. Nagle cały mój świat się zawalił. Poszłam do pokoju Mii i na szczęście nic sobie nie zrobiła. Byłam starsza, musiałam się nią zaopiekować, choć czasem ona sama była dojrzalsza ode mnie, a mnie to powoli zaczęło przerastać. Usiadłam obok leżącej na łóżku siostry i zauważyłam jakąś kartkę, którą trzymała w dłoniach.
- Mia, co to jest?
- List.
- Od kogo?
- Od ojca.
- Pokaż. – Niemalże wyrwałam jej z rąk papier i zaczęłam czytać.
„Kochane dziewczynki. Wyjeżdżam na jakiś czas wszystko przemyśleć. Wiem, że was zawiodłem, że zawiodłem waszą matkę. Popełniłem ogromny błąd, ale między nami już od dawna się nie układało. Nie chcieliśmy was niepokoić dlatego stwarzaliśmy pozory idealnego małżeństwa. Mam nadzieję, że sobie jakoś poradzicie. Catherine zaopiekuj się Mią i przypilnuj Daniela. Nie róbcie głupot. – Wasz ojciec.”
- Co to ma być do cholery? Zmył się tak po prostu? Tchórz! Jebany robol! Kurwa mać! – Krzyknęłam wkurzona i zgniotłam list. Myślał, że wszystko nim załatwi? Nienawidziłam go. Przynajmniej teraz rozumiałam te wszystkie ich kłótnie nocami, gdy stałam na tym zimnym balkonie. Wszystko układało się w logiczną całość. Możliwe nawet, że mama wiedziała o romansie ojca, o tym, że był uzależniony od seksu. To chore! Jeszcze nie tak dawno byliśmy przykładem rodziny dla całego miasteczka, a teraz co? Nie obchodziło mnie co powiedzą sąsiedzi, ludzie w szkole. Chciałam tylko znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, chciałam umieć żyć dalej. Musiałam przezwyciężyć lęk i uwierzyć, że dam radę nad wszystkim zapanować.
- Mia…
- Nie, Catherine. Ja Ci pomogę, pomogę Ci z Danielem, z domem, ze wszystkim.
- Ale… Ty nie musisz.
- Ale chcę, Cath. Nie zostawię wszystkiego na twoich barkach. Nienormalna jesteś czy jak? – Zapytała i się uśmiechnęła tak ciepło, jak już dawno tego nie robiła, a ja po prostu zmiękłam i odwzajemniłam ten uśmiech. Pomogłam jej się podnieść i otrzeć łzy. Była silna, stawała się dorosła, w sumie… cieszyło mnie to, choć może nie powinno w tej sytuacji mnie już nic radować.
- Damy radę, wierzę w to. Trzeba zadzwonić do wuja. – Oznajmiła.
- Ja zadzwonię. – Musiałam go jakoś przekonać.
- Okej. Zadzwonić po Matta?
- Po niego? Po co? – Zapytałam zdziwiona tym pytaniem. W tej też chwili przypomniałam sobie o Stefano. Sama nie wiedziałam dlaczego, ale potrzebowałam kogoś bliskiego, potrzebowałam tego, żeby był tu.
- To twój chłopak. Myślałam, że będzie ci z nim raźniej…
- Ach, tak… Mia to nie takie proste. Ja czuję, że on się mną już nie interesuję. Nie było go dzisiaj w szkole i co prawda nie widziałam go od kilku dni, ale czuję, że mnie olewa.
- To nie jest normalne.
- Wiem. – Uśmiechnęłam się mimowolnie.
- Powinien się zdecydować. Być z tobą albo po prostu zerwać. A ty… Kochasz go?
- Nie. – Nie wiem dlaczego przyszło mi to z taką łatwością. Byłam wraz z Mattem w związku ponad 3 lata, od gimnazjum, a nagle wszystko stało się takie inne. Dorosłam, on też. Zaczął mieć swój typ dziewczyny, zaczął być inny, a ja? Sama nie wiedziałam. Od jakiegoś czasu czułam się inaczej, czułam się inna.
- To… chyba dobrze.
- Tak, to dobrze, Mia. To ja idę zadzwonić. – Dodałam i zniknęłam w holu. Chwyciłam za telefon. Wykręciłam numer i w końcu odezwał się jakiś głos.
- Czego?
- John?
- Catherine? Jak miło cię słyszeć. – Oznajmił z ironią, słyszałam to.
- Mamy problem.
- Dzwonicie zwykle, gdy macie problemy.
- Anastasia nie żyję, a Robert gdzieś zniknął i nie wróci zbyt szybko. Musisz się nami zaopiekować. Znaczy… Wystarczy, że z nami zamieszkasz na trochę.
- Śmieszna jesteś. To jakiś cyrk?
- Nie, wuju. Mówię całkiem poważnie. Zrobię wszystko tylko… przyjedź, proszę.
- Skoro tak… będę jutro wieczorem.
- Dziękuję. – Na tym zakończyliśmy rozmowę, ale nie sądziłam jeszcze, że tak to wszystko się skończy, że John postawi nam okropne warunki już następnego dnia. Póki co odetchnęłam z ulgą. Odłożyłam słuchawkę.
- Przyjedzie! – Krzyknęłam. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie wiedziałam kto to i nikogo się nie spodziewałam. Nie miałam ochoty nikogo widzieć na oczy. 

~ ♣ 
Nie wiem dlaczego, ale czuję, że ten rozdział jest tak trochę o niczym. Mam trochę pomysłów, więc będzie się działo. To wam gwarantuję. Mam nadzieję, że przypadnie wam to do gustu. Tak poza tym to kto przyszedł? Jak myślicie? Całuski Kochane. ;* 

1 komentarz:

  1. Wiesz co... Po tych wiadomościach o śmierci, tak lekko to przyjęły? Wgl zero przejęcia, jakby nic złego się nie stało... I ta rozmowa z wujkiem... To takie.. DZIWNE. No chyba że tak ma być xD Dobra biorę się za następny.

    OdpowiedzUsuń